top of page
  • Agnieszka Kaźmierczak

Od czego zaczęłam swoją przygodę z fotografią?



Czy zaczynałam mając już legitymację prasową w kieszeni? Na jakim aparacie rozpoczynałam swoją przygodę z fotografią? Co fotografowałam i dlaczego? Co mi to dało? Oto moje początki z aparatem w pigułce.


Początki. Ooooo tak, to niemalże zawsze jest ciekawa historia - jak ktoś zaczynał. Takie historie są inspiracją dla wielu. Jak to było ze mną? W tym poście poruszę początki fotografowania na wydarzeniach, koncertach, wystawach itp.



Pomysł na siebie


Zaczęło się od szukania pomysłu na siebie. Zauważył go mój obecnie już mąż. "Aga a może fotografia? Ty wszystko dokumentujesz". No i miał rację. Aparat towarzyszył mi od zawsze, dokumentowanie tego co się dzieje wokół nas szło mi dość lekko. W Gimnazjum prowadziłam klasowego bloga, na którym relacjonowałam wydarzenia w szkole, a galerie pękały w szwach, choć w tamtych czasach zdjęcia jakościowo były dupiate. Od lat pisałam też pamiętniki, a prywatnie zajmowałam się relacjonowanie wyścigów F1 i ogólnie - pisałam w tym temacie 7 dni w tygodniu na portalu sportowym poświęconym tej tematyce. Pisanie i zdjęcia były zatem ze mną odkąd pamiętam.


Pracowałam, zarobiłam, kupiłam i robiłam

Pisanie mi szło, za to zdjęcia nieco kulały. Za swoje zarobione pieniądze kupiłam pierwszą lustrzankę Nikona D5300 i po prostu zaczęłam fotografować. Zapisałam się też do szkoły fotograficznej, ale za cholerę nie chciałam do niej iść nie mając żadnego portfolio. Jeździliśmy z moim ówczesnym jeszcze chłopakiem, a dziś mężem po imprezach ogólnodostępnych - zlotach, koncertach, wystawach, itp. Robiłam zdjęcia, które wrzucałam na swojego prywatnego Facebooka.


W rozwoju pomogła mi jedna z pierwszych legitymacji prasowych (portalu sportowego) dzięki czemu na imprezy motoryzacyjne miałam ułatwione wejście w miejsca, gdzie zwykły Kowalski nie wejdzie. Jaki był efekt? Zdjęcia takie cieszyły się i nadal cieszą się sporą popularnością, bo... jesteś w końcu tam, gdzie inni nie mogą.


Ok, z czasem moja tablica na Facebooku przeobraziła się w jedną wielką galerię, więc zaczęłam myśleć o miejscu dedykowanym. Założyłam swój fanpage, wymyśliłam nazwę - Foto Stories by AK. Pamiętam, że moja siostra śmiała się, że mam przecież w nazwie błąd - czemu foto a nie photo? Miałam to w dupie - podobało mi się i tak zostało. Do dziś czuję, że to moja prawdziwa 'dzidzia' i jestem z tego dumna. Logo też wymyśliłam sama, grafik mi je tylko podrasował ;)

Pierwsza próba wejścia na festiwal jako fotograf

Ok, otwarte imprezy to jedno, a co z zamkniętymi (akredytowane)? Nie miałam przecież związku z żadną lokalną prasą. W mieście szykował się Reggae Festiwal. Spróbowałam swoich sił w zdobyciu akredytacji foto. Uda się - będzie super, nie uda się, trudno. Ryzyk fizyk. Najwyżej mi odmówią.

Wysłałam zgłoszenie w zasadzie robiąc tylko zdjęcia na okolicznych imprezach i publikując to w mediach społecznościowych. I wiecie co się stało? Dostałam wejście choć byłam po prostu tylko ja i mój aparat. No i rosnące portfolio, którym się wylegitymowałam ubiegając się o akredytację - to ważne. Miałam CZYM udowodnić co i jak robię.


Z imprezy przywiozłam tysiące zdjęć. Dziś jak na nie patrzę to widzę zdjęcia typowo prasowe - kadrowanie i lecisz do galerii. Były ok i nadal uważam, że są ok. Łapałam momenty, bawiłam się ustawieniami, walczyłam ze scenicznym czerwonym, niebieskim i zielonym światłem, które jest prawdziwą zmorą na koncertach jeśli chodzi o fotografów. Udało mi się z nim wygrać, choć co stresu się najadłam to moje, ale byłam przeszczęśliwa. Co ciekawe - ja kiedyś nie lubiłam reggae. A od Reggae Festiwalu zaczęła się moja wielka przygoda z foceniem na szerszym polu. O ironio XD


Czas leciał, a moje portfolio rosło w ekspresowym tempie pomimo tego, że pracowałam na etacie w restauracji i prowadziłam stronę o tematyce F1. Jak dziś na siebie patrzę to zastanawiam się, kiedy ja w ogóle spałam... Opłaciło się. Poszłam do szkoły i okazało się, że... z grupy miałam chyba najbogatsze portfolio, czego się nie spodziewałam. Poznałam kilka osób, dzięki jednej dostałam angaż w Nowinach (pozdrawiam Pawła!) i w moim portfelu pojawiła się druga legitymacja prasowa.

Pytania po latach...

Prowadząc ostatnio szkolenie fotograficzne dla początkujących fotografów zadano mi pytanie, czy legitymacja prasowa pomaga. Z jednej strony tak, z drugiej strony nie. Pomaga - jeśli chodzi o wejście gdziekolwiek, ale zdjęcia zaznaczam, że robiłam początkowo w zasadzie bez niej, podczas otwartych, ogólnodostępnych imprez, publikując efekty w mediach społecznościowych i na swojej stronie, którą potem... miliard razy przebudowałam.

Publikowałam je. Nie odkładałam ich do szafki. Dałam się zauważyć. Pokazałam co potrafię zrobić, jak robię zdjęcia i jakie one są. Czy bałam się krytyki? Owszem. Czy bałam się, że mnie ktoś zjedzie, że zdjęcia są słabe, źle skadrowane? Jasne. Ale z każdym kolejnym zdjęciem, każdą kolejną imprezą, wyciągałam wnioski i starałam się poprawić. I ten progres widzę, gdy zestawię ze sobą swoje zdjęcia z kilku okresów fotografowania. Pamiętajcie, że krytyka pojawi się zawsze, ale poza nią przyjdą też ci, którzy powiedzą - ej, super, podoba mi się. Albo i tacy, którzy powiedzą - zrób zdjęcia dla nas. Innej osoby nie chcemy - chcemy ciebie.

Dlatego rób, rób zdjęcia, dużo zdjęć, różnych, w różnych warunkach oświetleniowych, ludziom, w ruchu, statycznych. Rób i pokazuj je światu.


Dziękuję za lekturę! Pamiętaj, aby zaobserwować mnie na:



Postaw wirtualną kawę i wspomóż wydanie kolejnej książki



bottom of page